Dotarliśmy :)

1 stycznia 2013 roku godzina 7 rano. Właśnie wylądowaliśmy w Bangkoku. Dużo osób było ciekawych jak będzie wyglądał Sylwester na pokładzie samolotu, my też oczywiście byliśmy ciekawi co sie będzie działo i jakie to atrakcje ma dla nas w zanadrzu załoga Finnaira. Dlatego co i raz przełączaliśmy monitor na tryb informacji o locie, aby zorientować się jaki jest czas lokalny i czy to już. Poza kolejką Rosjan chcących kupić szampana, których w samolocie bylo 90%, nic nie zapowiadało tej wyjątkowej chwili. W rezultacie nie wydarzyło się zupełnie nic, więc złożyliśmy sobie życzenia i trochę zawiedzeni wróciliśmy do gry w buzza 😉
Po wylądowaniu szybko pobiegliśmy po bagaże, bo bardzo zależy nam, aby jeszcze dziś wieczorem być w Siem Reap w Kambodży. Wszystko odbyło się bez opóźnień i już o 9:30 siedzieliśmy wygodnie w lekko sfatygowanym autobusie jadącym do granicy. Kilka godzin później szczęśliwie dotarliśmy do Poi Pet, gdzie urzędnicy imigracyjni nie byliby sobą gdyby nie chcieli od nas łapówki, a my z kolei nie poczulibyśmy się jak na wakacjach w Azji, gdyby ktoś na samym wstępie nie chciał nas naciągnąć. Tym razem jednak 1:0 dla nas – nie daliśmy się i wygrażając w duchu na hołotę wśród urzędników państwowych pomknęliśmy dalej. Hurra! Witaj Kambodżo, albo raczej, jak pisze Lonely Planet – „Welcome to Scambodia” 😉
Do Siem Reap dojechaliśmy około 18:00 taksówką w towarzystwie dwóch wyluzowanych Kanadyjczyków. Umowa była taka, że kierowca zawiezie nas wprost pod drzwi hotelu. Niestety w Siem Reap „stracił orientację” – zupełnie nie kojarzył naszego hotelu i chciał nas wysadzić tam, gdzie mu było wygodnie. Po dłuższych negocjacjach, w które zaangażowało się pół ulicy, zdecydował, że jednak wie gdzie jest nasz hotel i gadając sobie coś w swoim języku pod nosem niezadowolony zawiózł nas na miejsce. W drodze co chwila odwracał sie do nas mówiąc ” tip! tip! ” , na co Kuba odpowiadał mu, że ” very nice trip and thank you very much”. Tak więc opuściliśmy taksówkę pod drzwiami hotelu żegnani epitetami ze strony kierowcy. Zostawiliśmy bagaże i wesoło ruszyliśmy na kolację i bazar, aby zaopatrzyć się w Ray Bany za 3 dolary i inne chińskie gadżety których, tu nie brak.