Tak, znaleźliśmy się w raju i nie mamy co do tego żadnych wątpliwości. Koh Lipe, to maleńka wyspa na południu Tajlandii. W najszerszym miejscu ma 3km. Nie docierają na nią żadne biura podróży. Nie jest łatwo się na nią dostać, ale warto. Jesteśmy w szczycie sezonu i wyspa w porównaniu z tym, kiedy byłam tu dwa lata temu w październiku, jest zatłoczona na tyle, że w małych domkach na plaży ciężko znaleźć nocleg. Mimo to plaże są raczej puste. Wszędzie można dojść na piechotę, nie ma tu samochodów, tylko parę skuterów, które dowożą towar do sklepików i restauracji. Mieszkańcami wyspy są Cyganie morscy, jest ich około 600 stałych mieszkańców. Na wyspie jest nawet szpital i szkoła podstawowa, która znajduje się wprost na plaży. Plaże są trzy:
Sunset Beach – najtrudniej do niej dotrzeć, trzeba przejść prawie całą wyspę w najszerszym miejscu. Ma hippisowski klimat i piękne zachody słońca.
Pattaya – jest najbardziej rozrywkowa, większość barów i restauracji znajduje się właśnie na niej, tutaj też kwitnie życie nocne. Prawie wszystkie łódki z turystami przypływają właśnie na Pattaye, dlatego najwięcej osób zatrzymuje się już tutaj.
Sunrise Beach – znajduje się po przeciwległej stronie wyspy w stosunku do Pattayi. Według nas jest najładniejsza – wszystkie 3 plaże mają idealnie biały piasek i przejrzystą błękitną wodę, ale Sunrise jest najdłuższa i najszersza. Blisko niej są dwie maleńkie wysepki – Koh Kra i Koh Usen, do których można dopłynąć o własnych siłach, albo kajakiem i mieć całą wysepkę tylko do swojej dyspozycji. Podczas odpływu można tam nawet dojść zanurzając się najwyżej do pasa. Wokół tych wysepek jest najwięcej rybek, krabów, ogórków morskich i innych żyjątek.
Mieszkamy właśnie na Sunrise Beach w małym bambusowym domku na plaży. Od kryształowej wody dzieli nas tylko kilka metrów białego piasku. Mamy własny taras i hamak, na którym przesiadujemy często w towarzystwie okolicznych psów, które do nas przychodzą. Są też koty, którym nigdy nie odpuszczamy i każdego napotkanego porządnie tarmosimy. Cały dzień chodzimy w strojach kąpielowych i boso, leniąc się, opalając, pływając, oglądając morskie zwierzątka i rybki, bo jest ich tutaj sporo i tylko czasem robiąc szybki wypad w głąb wyspy na ryż z krewetkami. Wieczorami chodzimy na filmy do pobliskiej restauracji – na ogół straszne starocie, ale zdarzają się też nowości. Nic więcej nam do szczęścia nie potrzeba, to miejsce jest idealne i lepszego odpoczynku nie mogliśmy sobie wymarzyć. Zostajemy tu na 6 dni.


Rzeczywiście jak w raju, a zwłaszcza gdy za naszymi oknami śnieg i mróz. Pozdrawiam H.