Z samego rana czyli o 11:00 po porządnym śniadaniu ruszamy w kierunku Chatuchak – największego w Tajlandii bazaru weekendowego. Można tu kupić wszystko: stylowe poszewki na poduszki, żywe zwierzęta, wyposażenie restauracji, sztuczne kwiaty, amulety…nie wiem czy jest coś, czego tu nie można kupić. My kupujemy głównie owoce i szybko postanawiamy zmienić kierunek, bo po godzinie mamy już trochę dosyć tłumu i upału. Jedziemy w okolice MBK i Siam – centrów handlowych, w których robiłam zakupy z siostrą rok temu. Właściwie są to bazary, ale zlokalizowane w wysokich piętrowych budynkach. Postanawiamy się rozdzielić, aby Kuba nie musiał oglądać sukienek, a ja elektroniki. Jeszcze kilka par okularów na Khao San i koszulek i zakupy mamy z głowy. Jeśli chodzi o ubrania dla kobiet, to wszystko jest szyte w jednym raczej małym rozmiarze, rzadko można przymierzyć, ale warto kupować nawet na oko, bo ceny są bardzo niskie, a ciuchy fajne. Ubrania dla mężczyzn to głównie podróbki, ale można też znaleźć naprawdę oryginalne i porządne t-shirty.
Wypadałoby coś zwiedzić, więc idziemy piechotą do świątyni Wat Arun. To moja ulubiona świątynia w Bangkoku, jest naprawdę ładna – cała pokryta wzorami z terakoty. Z daleka wygląda szaro, ale z bliska jest bardzo kolorowa. Można wejść na samą górę po wąskich stromych schodkach, nie każdemu się chce, ale warto, bo widok z góry na miasto i rzekę jest niesamowity. Moje spodenki okazują się być za krótkie i nie są stosownym strojem do świątyni, na szczęście z pomocą przychodzi pan, który za niewielką opłatą i kaucją wypożycza kolorowe chusty, aby zbyt roznegliżowane kobiety takie, jak ja mogły się okryć i bez wstydu wejść do świątyni. W drodze powrotnej mijamy leżącego Buddę. Podglądamy go troche przez okno i stwierdzamy, że nie musimy już kupować biletu 😉
Każdego dnia staramy się zjeść tyle owoców, aby mieć ich dosyć, ale to chyba niemożliwe. Kuba codziennie je duże ilości mango, ale nie wykluczają one oczywiście naszego ulubionego dania – mango sticky rice, które jemy nawet 3 razy dziennie. Ja jem arbuzy i moje ostatnie odkrycie – mangosteeny. Mangosteen to owoc, ktory wyglada jak burak w kształcie pomidora. Ma grubą, barwiącą na bordowo skórkę, którą trzeba nacisnąć mocno i rozerwać, aby dostać się do wnętrza, w którym jadalna część wygląda jak czosnek. Tego smaku nie umiem porównać do żadnego innego owocu, ale jest tak pyszny, że bez problemu zjadam sama dużą torbę tych owoców. Korzystam ile się da, bo mangosteenów podobno nie można kupić w Polsce – są bardzo delikatne i szybko się psują, przez co nie nadają się do transportu.
Jeszcze trochę kręcimy się po Bangkoku, najczęściej w okolicy Khao San, ale zdecydowamie wolimy Rambuttri Soi – ulice obok, która jest dużo spokojniejsza. Robimy ostatnie zakupy, wydajemy pozostałe resztki pieniędzy na ostatni masaż. Khao San bez względu na porę dnia czy nocy jest załoczona do granic możliwości, głośna i męcząca. Wszędzie są restauracje i kluby, z których muzyka miesza się i dosłownie wali po głowie. Wszechobecni naganiacze zachęcają do wizyty w klubie, albo przejażdżki na ping-pong show. Krajobrazu dopełniają zalani w trupa turyści krążący między klubami a ulicznymi sprzedawcami smażonych skorpionów i drewnianych żab. Lubię ten chaos, ale trzeciego dnia zawsze zaczynam mieć trochę dosyć.
Czas więc wracać do domu. Z Polski dochodzą do nas wspaniałe wieści – podobno jest -15C.
O 6 rano znów upychamy się z bagażami i innymi turystami w minivanie i jedziemy na lotnisko. Humory mamy nienajlepsze, ale spotkała nas miła niespodzianka na koniec – pani, od której kupowaliśmy zawsze mango sticky rice zdążyła przyżądzić je dla nas na śniadanie. I tym miłym akcentem i daniem, od którego prawie się uzależniliśmy kończymy naszą azjatycką wycieczkę 🙂
