Kuala Lumpur

Po wizycie w Genting wracamy do Kuala Lumpur. Miasto przypomina w pierwszej chwili Bangkok, ale mieszkańcy są zupełnie inni. Malezja jest krajem muzułmańskim i większość kobiet zakrywa się jak tylko może. Najczęściej chodzą w luźnych kolorowych strojach i chustach na głowie, ale sporo jest też takich, które noszą czadory i widać im tylko oczy. Widzieliśmy nawet kilkuletnie dziewczynki w chustach. Bardzo im współczuję, bo jest tak gorąco, że sama najchętniej zdjęłabym z siebie wszystko. Malezyjki dbają o to, żeby szczelnie się zakrywać, na szczęście nie wymagają tego samego od turystek, więc szorty i odkryte ramiona nikogo tu nie gorszą i nie zwracają uwagi. Może dlatego, że mieszka tu też sporo Chinek, które strojem nie przejmują się w ogóle i na tle pozakrywanych muzułmanek świecą wręcz gołymi tyłkami – są zdecydowanie najbardziej wyluzowaną pod tym względem grupą. Są jeszcze Hinduski – noszą najczęściej zdobione sari we wszystkich kolorach tęczy, co sprawia, że wyglądają jak kolorowe ptaki.
Malezyjczycy świetnie mówią po angielsku, więc wszędzie bez problemu można się dogadać. Wyjątkiem są tylko czasem Chińczycy. W ogóle Chińczycy robią na nas słabe wrażenie. Są strasznymi brudasami – w restauracjach rzucają chusteczki pod stół, mimo to, że obok stoi kosz, ciągle plują i bekają i wcale się tym nie przejmują.
Mieszkamy w Chinatown w hotelu Chinatown Inn, w którym zarezerwowaliśmy przez Agodę pokój -niezłą norę, jak się później okazało. Na zdjęciach wyglądało to nieźle, a w rzeczywistości przez brak klimatyzacji cały pokój był zawilgocony, śmierdzący, a grzyb z sufitu tylko czekaliśmy kiedy zejdzie i zabije nas we śnie. Ktoś go nieudolnie próbował chyba niedawno zamalować, ale zdążył już wyleźć spod farby i jakby zmierzał w naszą stronę. Pokój nie był wyposażony w taki luksus jak okno. Prawie całą noc nie zmrużyłam oka próbując oddychać przez poszewkę na kołdrę i wyobrażając sobie, że jesteśmy gdzieś indziej. Z samego rana z worami pod oczami i włosami przyklejonymi do czoła polecieliśmy do recepcji, aby zmienić pokój. Okazało się, że nasza decyzja, aby nie brać pokoi z klimą ze względu na bakterie i możliwość przeziębienia się, w Kuala Lumpur jest totalnie nietrafiona, bo przez wszechobecną wilgoć wszystkie pokoje bez klimatyzacji są w takim stanie jak nasza nora, która jeszcze nie raz będzie nas prześladować w koszmarach sennych.
Nasz hotel znajduje się na ulicy, na której jest jeden wielki bazar, który jest otwarty non-stop. Zmieniają się tylko stoiska. Wieczorem jest ich tak dużo, że nie widać nieba i nie wiadomo czy jest jeszcze jasno czy już ciemno. Można tu kupić chyba każdą możliwą podróbkę poczynając od torebek Louis Vuitton, a kończąc na piórach Montblanc. Jest tego tak dużo, że szczerze mówiąc nie chce nam się kupować nic oprócz owoców, które jemy cały czas, bo są niesamowite. Poza tym podróbki już nam się opatrzyły w Kambodży.
W Kuala chcieliśmy zobaczyć dwie rzeczy: Batu Caves i Petronas Towers. Pierwsza to hinduska świątynia na obrzeżach miasta, która znajduje się w jaskini. Prowadzą do niej bardzo długie schody, w których pokonaniu towarzyszy nam stado małpek. Przy schodach stoi ogromny, kilkunastometrowy pozłacany posąg. Całość robi wrażenie i warto się tam przejechać, tym bardziej, że w Kuala nie ma za wiele tego typu miejsc i właściwie nie ma co zwiedzać.
Na Petronas Towers wjechaliśmy o 18 i według pana sprzedającego bilety, to idealny moment, aby obejrzeć zachód słońca. Coś mu się chyba pomyliło, bo słońce zaszło ponad godzinę później, więc byliśmy trochę rozczarowani, ale i tak bardzo zadowoleni, bo Petronas Towers robią faktycznie ogromne wrażenie, a widok z nich jest niesamowity.
Żegnamy zatłoczone, gorące Kuala Lumpur i na dwa dni wyjeżdżamy do Melaki, żeby zobaczyć „prawdziwą Malezję”, jak reklamują to miasto sami Malezyjczycy.

3 odpowiedzi do “Kuala Lumpur”

  1. To i tak chyba lepiej, niz w tym muzułmańskim miasteczku w Tajlandii, nie pamiętam nazwy, gdzie grzyb nie tylko próbował, ale zeżarł cały Twój pokój, a z prysznica leciały robaki…

  2. Nie ma się co dziwić Chińczkom – w ich kulturze bekanie jest oznaką najwyższej satysfakcji gastronomicznej i pochwała gospodarza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *