W drodze do Bangkoku

Nasza podróż po woli dobiega końca. Z samego rana ze szczerym żalem żegnamy Koh Lipe i wsiadamy na pierwszą łódkę płynącą do małego miasteczka Pak Bara. Generalnie nie ma tam nic oprócz dwóch hoteli i mnóstwa agencji oferujących bilety na łódki płynące na Koh Lipe. Dalej od razu przesiadamy sie do minivana, który ma nas zawieźć na lotnisko w Hat Yai. Nasz samochód wypchany jest już po brzegi, najgorzej mają chłopaki z tyłu – są tak ściśnięci między bagażami, że jeden prawie siedzi na kolanach drugiemu, a od góry przyciska go jeszcze deska surfingowa. Jest też problem z resztą bagaży – nie ma już na nie miejsca i kierowca kombinuje gdzie jeszcze można je upchnąć. I w tym momencie pojawia się para Australijczyków, którzy też mają bilety na naszego vana.
Dotychczasowa podróż nauczyła nas, że Azjaci są mistrzami upychania nadprogramowych pasażerów, bagaży, zwierząt, mebli i innych sprzętów w każdym pojeździe, więc i tym razem mamy pewność, że ruszymy w komplecie- to tylko kwestia czasu. W rezultacie po 10 minutach wszyscy zmierzamy w kierunku lotniska i nikt nie siedzi na dachu ani nie biegnie za samochodem. To azjatyckie upychanie ma swoją dobrą stronę – pomaga zawrzeć nowe znajomości, właściwie nie ma wyjścia – kiedy się siedzi na czyimś plecaku, albo kolanach wypada coś powiedzieć 😉
Na lotnisku mamy trochę przygód, bo bankomat zjadł kartę Kuby, a obsługa lotniska nie bardzo wie jak nam pomóc. Niestety nie da się nic zrobić i karta zostaje na wieczne zapomnienie w różowym tajskim bankomacie.
Po 21 lądujemy na drugim lotnisku – Don Muang, skąd dzieli nas już tylko 1,5 godzinna podróż autobusem numer 59. W autobusie jest miła atmosfera, kiedy wsiadamy kierowca się z nami wita 🙂 My też odpowiadamy grzecznie dzień dobry i za chwilę podchodzi do nas pani bileterka z poważną miną i kolorowym, błyszczącym piórnikiem w ręku, w którym ma bilety i pieniądze do wydawania reszty. Kiedy pani potrząsa tym kalejdoskopem to znak, że trzeba zapłacić. Autobus ma otwarte w trakcie jazdy wszystkie okna i drzwi, właściwie rzadko zatrzymuje się na przystankach, najczęściej tylko zwalnia, a pasażerowie wsiadają i wysiadają w biegu.
Po całym dniu spędzonym w drodze wreszcie docieramy na Khao San Road, gdzie zatrzymujemy się w hotelu Marry V. Aby dojść do części z pokojami musimy przejść przez restaurację i jej zaplecze, a później przez mieszkanie właścicieli. Dzięki temu wiemy, że w tej restauracji napewno nic nie zamówimy. W mieszkaniu zawsze jest włączony telewizor, a na podłodze siedzą domownicy, jedzą ryż i oglądają tajskie seriale. Wszędzie są porozrzucane ich buty i inne rzeczy osobiste, ale oni nie przejmują się kręcącymi się gośćmi. Mogłoby się wydawać, że ten hotel to obraz nędzy i rozpaczy, ale wcale tak nie jest. To jeden z popularniejszych questhousów w okolicy, a questhousy w Bangkoku wszystkie tak wyglądają. Dostajemy jeden z ostatnich pokoi, bo prawie wszystko jest zajęte, właściwie bierzemy trójkę, bo dwójek już nie ma. Mamy czystą pościel, ciepłą wodę i naprawdę duże okno, co jest tutaj nie lada luksusem. Postanawiamy się wyspać, zebrać siły i z samego rana wyruszyć na miasto i zakupy.

Jedna odpowiedź do “W drodze do Bangkoku”

Pozostaw odpowiedź Hanka Zielona Góra Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *