Phnom Penh

Z samego rana wsiedliśmy w typowy lokalny autobus i wyruszyliśmy do Phnom Penh. Mieliśmy po drodze trochę przygód, bo na naszych miejscach siedziały panie, które na bilecie miały zaznaczone te same miejsca, co my. Okazało się, że nasz bilet został wystawiony z wczorajszą datą i to my mamy problem, bo nasze miejsca zostaly juz sprzedane właśnie im. Na szczęście kierowca znalazł dla nas dodatkowe miejsca mimo to, że autobus był pełny.
Trafił się nam prawdziwy kierowca z bombowca. Wyprzedzał wszystkich nie zważając czy z naprzeciwka coś jedzie, spychał jadących poboczem rowerzystów i rikszarzy, trąbił bez przerwy, a wszystko to w takt kambodżańskiego karaoke, które puścił nam w telewizorze na cały regulator. Spać się nie dało, bo droga była w takim stanie, że trzeba było uważać, aby nie wybić sobie kolanami zębów, co chwila też zaliczaliśmy takie hamowanie, że większość lądowała twarzą na zagłówku fotela z przodu. W sumie najgorsze z tego wszystkiego było i tak karaoke.
Po drodze mijaliśmy wsie z małymi drewnianymi chatkami na wysokich palach i pola ryżowe. Kambodża jet zielona i piękna, ale wszędzie poza miastami widać straszną biedę. Chatki wyglądają, jakby miały się zaraz rozlecieć, dzieciaki latają umorusane na golasa, na drogach rzadko widuje się samochody.
Po 8 godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Phnom Penh to jeden wielki chaos. Mnóstwo ludzi, skuterów, rowerów, ulicznych restauracji, splątanych kabli, kramów ze wszystkim, co można sprzedać i wszechobecny brud: szczury, karaluchy i inne atrakcje. Wszyscy jeżdżą jak wariaci, mijając się na milimetry i trąbiąc. Na ulicach nie ma pasów, jazda pod prąd jest wszechobecna, a wszystko to powoduje, że przejście na drugą stronę ulicy zamienia się w walkę o życie. Ludzie jeżdżą na skuterach bez kasków, wożą ze sobą małe dzieci na rękach, często widzi się 4, a nawet 5 osób na jednym skuterze. Nie ma takiej rzeczy, której by nie przetransportowali skuterem: 4 materace na raz, 3 sedesy, dwie świnie – żaden problem, zmieści się jeszcze babcia.
Zatrzymaliśmy się w hotelu Capitol, mamy w miarę porządny pokój z klimatyzacją za 10$. Wieczorem okazuje się, że w naszym pokoju nie ma ciepłej wody, a hotel jest zapełniony po brzegi i nie ma gdzie nas przenieść. Po małej awanturze dostajemy rabat i płacimy 7$. Wolelibyśmy oczywiście ciepłą wodę, ale jest już za późno, aby szukać innego hotelu.
Byliśmy dziś w muzeum Tuol Sleng – to dawna szkoła, której budynki Pol Pot zamienił w więzienie. Wszystko pozostawiono tam w takim stanie, w jakim zastali je Wietnamczycy likwidując to miejsce pod koniec lat siedemdziesiątych. Widok jest przerażający. Z tysięcy więźniów przeżyło siedmiu, tylko jeden z nich żyje do dziś. Był dziś w więzieniu i można było z nim porozmawiać.
Naszym głównym środkiem transportu są tuk – tuki. Jeździmy wszędzie za dolara, ostro się targując. Idziemy sobie ulicą i co chwila mija nas ktoś proponując podwózkę. Pytamy za ile i zaczynamy negocjacje. Najpierw zawsze jesteśmy oburzeni stawką kierowcy, a on jeszcze bardziej naszą propozycją. Idziemy dalej i targujemy się po drodze, w końcu nasz kierowca wściekły i bliski popłakania się każe nam wsiadać. Przy płaceniu też wygląda jakbyśmy przed chwilą zabili mu kogoś z rodziny. W biznesie nie ma sentymentów 😉
Drugi dzień spędzamy w szkole gotowania. Bardzo się cieszymy, że w końcu się najemy, bo w Kambodży jedzenie jest raczej kiepskie i ciągle chodzimy głodni. Najpierw jedziemy na targ kupić produkty, które będą nam potrzebne do przygotowania naszych dań. Targ jest niesamowicie kolorowy, tłoczny i śmierdzący, bo sprzedają tu suszone ryby i owoce morza, które czuć na kilometr. Większość rzeczy widzimy pierwszy raz w życiu i nie wiemy za bardzo co w końcu kupiliśmy. Jest tu wszystko poczynając od owoców i warzyw, których nazw nie znamy, przez jajka zakopane w ziemi aż po ślimaki i żaby.
Umiemy już zrobić kiełbasę kurczakowo – bananową, kurczaka curry, sałatkę z pomelo i krewetek i jakiś dziwny kogel mogel zapieczony w małej dyni. Ze szkoły jedziemy prosto na Russian Market, który słynie z tego, że to, co „wyjdzie bokiem” z fabryk szyjących dla dużych koncernów ląduje później właśnie tam. Dzięki naszym zdolnościom negocjacyjnym wytrenowanym na kierowcach tuk – tuków, tu też robimy udane zakupy doprowadzając sprzedawców prawie do płaczu 😉
Żegnamy Phnom Penh i Kambodżę, za chwilę mamy lot do Kuala Lumpur 🙂

9 odpowiedzi do “Phnom Penh”

  1. Ha ha ha, 3 sedesy i babcia:D No to teraz jak wrócicie, to już nie będzie makaronu od J. Olivera tylko budyń w dyni. Ja sie zapisuję na kiełbasę z kurczaka i banana. Mam juz 3 pomysły, jak to może wyglądać:)

  2. aż mi sie przypomniały targowiska w Mexico CITY 🙂 i panie handlujące warzywami dla osłony przed słońcem nosiły duże liście kapusty na głowie.. no ale panie też były duże…. łęzka sie w oku kręci od wspomnień.

Pozostaw odpowiedź Ewela i Rubaszny Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *